Prezentujemy: 462 biografii muzyków, 2010 recenzji, 534 artykułów, 267 wywiadów, 7850 płyt, 1759 linków, 515 galerii
ARTYKUŁ
Porwany do siódmego nieba, czyli magnetyczny Resonance w Lublinie

Właściwie tytuł tego tekstu mówi wszystko. Spróbuję teraz wskazać na te czynniki, które sprawiły, iż porwanie do jazzowego nieba było skuteczne.

Koncert przebiegał wedle sprawdzonej recepty Alfreda Hitchcocka: zaczęło się od trzęsienia ziemi, a później napięcie stopniowo rosło. Oto Vandermark-zawiadowca dał sygnał i wtem na scenę lubelskiego Centrum Kultury wpadła w pełnym pędzie cudownie swingująca lokomotywa. Tak, na pierwszy ogień poszła kompozycja, która przynajmniej w pierwszej swej części kojarzyła mi się z tradycją kołyszących orkiestr i big bandów, znanych z historii jazzu. Raz był to Concert Jazz Band Garry Mulligana, innym razem większe składy Charlesa Mingusa, ale przemknął gdzieś także duch wielkiego Duke’a. Na tle tego bandu surfował ostrym tonem swej zwinnej trąbki Magnus Broo, który brał kolejne fale dźwięków niczym legendarny Mistrz Z. z kreskówki Na fali. Muzyka w różnych rejonach kotłowała się i pieniła, napędzana i wyprowadzana na prostą dwoma perkusjami. Po dojściu do sola Rempisa zanotowałem sobie w kajeciku: Charlie Parker improwizuje z orkiestrą Ellingtona. W kolejnych utworach następowały daleko idące modyfikacje tej tradycji, a nawet całkowite od niej odejścia. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, iż to ważny kontekst dla całego przedsięwzięcia pod tytułem Resonance.
Drugim ważnym odniesieniem było to, co trochę niezdarnie nazywamy muzyką współczesną. Vandermark korzystał z nowoczesnych technik kompozytorskich już w paru innych składach. Najbardziej spektakularnie w orkiestrze Territory Band. Jednak pomijając płytę ostatnią (Collide), z udziałem Freda Andersona, nie były to dla mnie rejestracje tak atrakcyjne, jak Resonance. Podczas lubelskiego koncertu słyszeliśmy wyraźnie klasyczne operowanie czasem – m.in. ostre podziały na kolejne części. Komponowanie wedle zasady, którą kiedyś opisał Witold Lutosławski, jako aleatoryzm kontrolowany. Niezbędna okazała się aktywność dyrygencka, gdyż partytury miały fragmenty, wymagające dyskretnego prowadzenia. Wystarczyło jednak prowadzenie od instrumentu, nie od pulpitu. I tu uwaga pozornie pozostająca w sprzeczności z tą jakością muzyki Vandermarka. Otóż dzielił się on swymi dyrygenckimi obowiązkami z Davem Rempisem. Widać, że wspólna gra w V5 zaowocowała głębokim zrozumieniem w wymiarze artystycznym. Rempis przejmował prowadzenie momentach, gdy do solówek dochodził sam szef. W sumie szkoda, że zdarzało się to tak rzadko. No, ale parafrazując Szekspira: ktoś dyryguje, by grać mógł ktoś.
Trzecim ważnym kontekstem dla projektu Resonance to muzyka samego Kena Vandermarka. Oto kompozycja druga, rozpoczynająca się od lekko funkującego fragmentu, przywodzącego na myśl „rozrywkowe” utwory z repertuaru Spaceways Inc. Na skocznym tle Ken wygrywa porywające solo na tenorze. Jest w doskonałej formie i dosłownie porywa nas w jazzowe niebo. Element, nazwijmy go ludycznym, stanowi istotny składnik twórczości Vandermarka. Do tej pory często realizowany niejako oddzielnie – np. w formacji Powerhouse Sound. I tu myśl ogólniejsza, związana z muzyką prezentowaną przez Resonance. Wydaje mi się, że to niejako synteza sztuki Kena Vandermarka. Różne i do tej pory oddzielnie występujące składniki (idee kompozytorskie, pomysły aranżacyjne, eksperymenty z obsadą – np. gra z dwoma perkusistami, rozwiązania brzmieniowe) zostały połączone w jedną, niezwykle atrakcyjną dla słuchacza, całość.
Naturalną sprawą w zespole złożonym z muzyków tak świetnych, często prowadzących własne zespoły, jest silnie wyeksponowany element wirtuozerski. Wspomniałem już o występie Magnusa Broo, a także o stylowym solu Dave’a Rempisa. Ale właściwie każdy z muzyków błyszczał, choćby na moment, w jakiejś indywidualnej akcji. Niekonwencjonalny przebieg miał jeden z popisów Steve’a Swella, który uderzając tłumikiem o deski sceny, obsadził się w roli trzeciego perkusjonisty. Brawa należą się muzykowi chyba najciężej w tym ansamblu pracującemu, czyli tubiście Per-Åke Holmlanderowi. Jego solidny basowy podkład, słychać było prawie przez cały koncert. A swoje pięć minut miał w czasie drugiego bisu, gdy wydobył ze swego imponującego instrumentu chyba wszystkie możliwe odmiany skandynawskiego wiatru (zatytułowałem sobie ten utwór The Far North). W Resonance udaje się utrzymać więź między improwizującym solistami, a zespołem. Widać było, iż owo nastawienie na ciągłą interakcję stanowi pewien zamysł kompozytorski. Realizowany w różny sposób. Także poprzez nawiązanie do tradycji tzw. battles. Choć niekiedy – np. w kompozycji drugiej, gdy Holmlander zagrał duo z Zimplem – były to interesujące dialogi. W ogóle patrząc i słuchając tego zespołu dotarło do mnie, jak ważnym elementem tego projektu jest sceniczność. Już samo ustawienie muzyków, zgromadzonych naprzeciwko siebie wokół dwóch perkusistów, przywodzi na myśl pomysły inscenizacyjne. W czasie trwania koncertu często mieliśmy do czynienia z gestami tyleż muzycznymi, co scenicznymi: dialogi, sprzeczki, komentarze etc. Przyczynek do teatralności jazzu słuchanego i oglądanego na żywo.
Ważna sztuka wychodzi współczesności naprzeciw. Pamięta o drodze, jaką przeszli poprzednicy, czerpie siłę z ich osiągnięć, ale nie poprzestaje na ich celebrowaniu. Doświadczenia przeszłości przenosi w nowy kontekst, opowiadając własną historię. Opowiada zrozumiałym językiem o przypadkach naszych i naszych współczesnych. Taka sztuka nie jest nastawiona wyłącznie na rozrywkę, nie skupia się na odrywaniu się od teraźniejszości. Porywa do nieba, aby lepiej żyło się tu na ziemi. Tego rodzaju sztukę uprawia dzisiaj Ken Vandermark.

25.10 Sala Nowa Centrum Kultury ul.Peowiaków 12
Vandermark Resonance Project

Maciej Nowak

Data wstawienia: 2009-11-05


SPONSORZY SERWISU
POLECAMY


  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  Drukuj
© 2002-2009 Andrzej E. Grabowski & Rafał Fagas & Kamila Szczepaniak