Prezentujemy: 462 biografii muzyków, 2010 recenzji, 534 artykułów, 267 wywiadów, 7850 płyt, 1759 linków, 515 galerii
ARTYKUŁ
Drgania wymuszone?

Relacja z zasadniczej części projektu Resonance w Polsce. Koncert w Lublinie przybliżył Maciej Nowak.

Zespół.
Dziewiętnastego października członkowie Resonance stopniowo zebrali się w krakowskiej Alchemii, by rozpocząć coś, co miało być trwającym następne dwa tygodnie tournée po Europie, prezentując najnowszy materiał muzyczny, skomponowany w całości przez Kena Vandermarka. Międzynarodowy skład pokonać musiał po drodze liczne przeszkody, gdyż każdy z muzyków przybywał z innej części kontynentu, w których dopełniali swych zobowiązań wobec innych formacji. Poprzedniego dnia pojawili się Dave Rempis, Michael Zerang, Mark Tokar i Magnus Broo, dokładnie w tej kolejności. Wczesnym popołudniem, w dniu koncertu, dojechał Ken Vandermark i Wacław Zimpel. Zaraz za nimi Mikołaj Trzaska, Tim Daisy oraz Steve Swell. Tuż przed wyznaczoną godziną pierwszego z serii koncertów, skład ostatecznie się dopełnił po przybyciu Per-Âke Holmlandera ze Sztokholmu. Pozbawieni luksusu przeprowadzenia próby dźwięku, z powodu rozciągnięcia w czasie zbierania się członków zespołu, przystąpili oni do dzieła ad hoc. Tak rozpoczęła się wspaniała muzyczna przygoda.
Metoda.
Podobnie jak dwa lata wcześniej, muzycy zorganizowali spotkania małych grup improwizatorów, które pracując w określonych konfiguracjach, miały przygotować zespół do wspólnego koncertu finałowego, który przewidziano w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha na dwudziestego pierwszego października. Pierwszego wieczoru wystąpił kwartet Dave Rempis, Michael Zerang, Mark Tokar oraz Magnus Broo. Zaprezentował bardzo mocną propozycję nowoczesnej formy free jazzowej improwizacji. Prowadził zdecydowanie Rempis, chociaż każdy z muzyków miał swój czas na pokazanie czegoś ciekawego. Po dawce intensywnych wrażeń nastąpiła przerwa, po której na scenie ujrzeliśmy duet Ken Vandermark i Wacław Zimpel. Był to duet klarnetowy, tych, którzy spodziewaliby się z tego tytułu czegoś spokojnego, wprawiającego w kontemplacyjny nastrój, powiadomić muszę, że trzeba było zachować tę samą koncentrację, jakiej wymagała poprzednia forma. Vandermark i Zimpel zagrali tak mocno, taką ilość dźwięków z siebie wydali, że o nastrojowej kontemplacji mowy być nie mogło. Duże stanowiło to dla mnie zaskoczenie. Nie było żadnych motywów lirycznej narracji. W zamian zaoferowano nam czysty klarnetowy noise. Przerwę odczytałem jako pewną ulgę. Na koniec odsłona trzecia, co miało się stać schematem dwóch pierwszych dni Resonance w Alchemii. Kwartet Mikołaj Trzaska, Tim Daisy, Steve Swell oraz… Tak, zgadza się, Per-Âke Holmlander! Jak się łatwo domyślić o składzie poszczególnych małych grup improwizatorów tego wieczoru decydował prozaiczny czynnik – kolejność przybycia muzyków do Krakowa. Widząc takich wyczynowców obok siebie zacząłem się zastanawiać, czy aby to nie za wiele wrażeń, jak na jedną noc? Rzeczywiście poszczególne popisy solowe powalały pomysłowością, sonorystyką, wzajemną korelacją. Za wyjątkowe uznałem partie grane przez niezrównanego Holmlandera. Obcowanie ze sztuką tego człowieka stanowiło dla mnie prawdziwe odkrycie. Któż mógłby przypuszczać, iż z instrumentu jakim jest tuba można wydobyć tak fantastyczne faktury i barwy? Dźwięki wręcz nieprawdopodobne! Holmlander operował częstotliwościami na granicy słyszalności. Pod względem wrażliwości sonorystycznej najbliżej było mu do puzonisty Swella.
Drugi wieczór podsumować bym mógł jako wieczór kwartetów. Wystąpiły kolejno składy: Ken Vandermark, Magnus Broo, Mark Tokar, Tim Daisy, następnie Steve Swell, Wacław Zimpel, Per-Âke Holmlander, Michael Zerang, jako ostatni zaś wystąpili Mikołaj Trzaska, Dave Rempis, Tim Daisy oraz Michael Zerang. W pamięci najbardziej utkwiła mi ostatnia konfiguracja. Prócz tego wyróżniły się na tym tle dwa wspaniałe fragmenty sola autorstwa Vandermarka i Holmlandera. Obrana przez lidera metoda, to genialne posunięcie! Każdego wieczoru bowiem, mogliśmy doznawać wrażeń dostarczanych nam przez składy, które stanowiły pełnowartościowy produkt ich twórców. Ciekawe, wciągające opowieści snute przez trzy różne składy osobowe, prezentujące trzy różne podejścia do brzmienia i improwizacji, podczas jednego wieczoru! Przysłuchując się finałowemu koncertowi jednocześnie, docierał do nas sens poprzednich wydarzeń w szerszej perspektywie, gdyż potrzebny był, na przykład, duet Vandermark-Zimpel dla dogrania współpracy klarnetów w pełnym ansamblu, potrzebna była partia solowa Holmlandera, ponieważ takowa zawarta była w jednej z kompozycji tentetu, i tym podobne. O aspektach formalnych i tonalnych finałowego koncertu nie będę tutaj pisał. Przybliżył ten temat znakomicie Maciej Nowak w swoim tekście „Porwany do siódmego nieba…” Dodam tylko rozszerzenie informacji na temat podziału ról wewnątrz zespołu, podczas występów całego składu. Tentet podzielony został na sekcje. Poszczególnym sekcjom przypisany był dyrygent. Dyrygentem całości był oczywiście Ken Vandermark. Sekcją instrumentów stroikowych kierował Dave Rempis. Za sekcję instrumentów blaszanych odpowiedzialny był Steve Swell, a dyrygentem sekcji rytmicznej był Tim Daisy. Taki podział gwarantował pełną kontrolę nad tworzywem muzycznym. Tylko w jednym momencie, w jednej z kompozycji, obowiązki Rempisa przesunęły się na sekcję rytmiczną, kiedy kierował on jej zmianami, podczas wykonywania solo przez lidera.
Trasa.
Trzydniowy pobyt w Krakowie był dopiero pierwszym punktem na mapie zespołowego tournée. Następnego dnia, po koncercie w Centrum Manggha, muzycy zapakowali swój sprzęt do prywatnego autokaru i ruszyli na południe, do Włoch. Tam jeden koncert. Następnym przystankiem były Węgry. Stamtąd Resonance powrócił do Polski, by dać koncert w Lublinie. Kolejny dzień zastał artystów w drodze do Katowic, a wszystko po to, by zasiąść w samolocie i odbyć podróż do Kijowa, gdzie czekał już kolejny autokar do odległego Zaporoża. Po koncercie, noclegu i chwili na zaczerpnięcie powietrza przyszła kolej na powrotną wyprawę ku Polsce i dokładnie tą samą drogą z Katowic zajechali do Krakowa. W stolicy małopolski dwa dni spędzone na odpoczynku, rozmowach towarzyskich oraz lokalnych wycieczkach krajoznawczych. Kolejnym etapem był Toruń. Po kilkugodzinnej podróży spędzonej na wspólnej zabawie w naukę języka szwedzkiego, prowadzonej przez Magnusa Broo, tentet ulokował się w pięknej sali głównej Dworu Artusa, na rynku toruńskim. Pomieszczenie wyglądało równie pięknie architektonicznie, jak okazało się być ogromnie trudnym akustycznie. Dopiero solo Holmlandera nadało sens występowi w tych okolicznościach, ponieważ tuba brzmiała absolutnie fascynująco, gdy Per-Âke postanowił wykorzystać wszechobecne echo. Sam artysta przeszedł samego siebie. Nastąpiła erupcja chyba wszystkich pomysłów na dźwięki, jakie tylko można wymyślić na tubę. Swój wyjątkowy moment miał również Mikołaj Trzaska, kiedy na samym początku jego partii solowej zza okien usłyszeliśmy wyraźnie bijący kościelny dzwon, który na ułamki sekund saksofonista wprowadził jako integralną część swego wystąpienia. Mimo wspomnianych momentów udanych należy przyznać, iż w większości koncert odbył się w cieniu bardzo trudnej akustyki hallu. Zupełnie odmienną sytuację zastał zespół w Gdańsku. Był to ostatni i, moim zdaniem, najlepszy występ, z tych, które widziałem w wykonaniu Resonance. Koncert miał miejsce w sali koncertowej Polskiej Filharmonii Gdańskiej. Publiczność rozlokowano w półokręgu wokół sceny. Muzycy zagrali na najwyższych obrotach. Od początku do końca muzyka sprawdziła się doskonale w tamtejszym otoczeniu. Czysta perfekcja! Ponieważ językiem stosowanym przez Resonance jest, między innymi, język spokojnie mieszczący się w definicji muzyki współczesnej, odniosłem wrażenie, iż scena filharmonii była w pełni adekwatna dla zespołu. Na pewno nie jest to zespół po prostu jazzowy. W kompozycjach przygotowanych przez Vandermarka doszukać się można inspiracji tradycją big bandów amerykańskich i ich muzyką, gdy była postrzegana jeszcze jako muzyka do tańca, ale tak samo silnie obecny jest duch dzieł europejskich kompozytorów muzyki współczesnej, chociażby Witolda Lutosławskiego, o którym zresztą sam Vandermark mówi, że zetknięcie z jego twórczością na zawsze zmieniło sposób, w jaki komponuje na instrumenty smyczkowe. Wszystko to podane jednocześnie w typowej dla artysty z Chicago formie. Ślad jego oryginalnej wrażliwości można wyczuć już od pierwszych sekund.
Przyszłość projektu.
Dobrą wiadomością jest ta, że, obok koncertów krakowskich, całość została zarejestrowana z myślą o przyszłym wydawnictwie. Szykuje się więc kolejna perełka w rodzaju tegorocznego wydania - dziesięciopłytowej dokumentacji pierwszych koncertów, sprzed dwóch lat. Podobno sami muzycy już planują swój ponowny przyjazd do Polski w przyszłym roku. Mimo, iż słyszałem Resonance już parokrotnie na żywo, zacieram ręce z niecierpliwością na taką ewentualność.

Brunon Bierżeniuk

Data wstawienia: 2009-11-04


SPONSORZY SERWISU
POLECAMY


  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  Drukuj
© 2002-2009 Andrzej E. Grabowski & Rafał Fagas & Kamila Szczepaniak