Prezentujemy: 462 biografii muzyków, 2010 recenzji, 534 artykułów, 267 wywiadów, 7850 płyt, 1759 linków, 515 galerii
ARTYKUŁ
Wojciech Juszczak: Jazz jest i będzie muzyką improwizowaną

Z wojciechem Juszczakiem organizatorem cyklu Made In Jazz i festiwalu Made In Chicago rozmawia Andrzej Grabowski.

AEG: Ze swoim cyklem MADE IN JAZZ oraz z festiwalami MADE IN CHICAGO stałeś się jednym z najpoważniejszych organizatorów ważnych koncertów jazzowych w Polsce. Powiedz dlaczego właśnie Chicago i jak udało Ci się tak szybko i tak dużo osiągnąć.
Wojciech Juszczak:
Parę słów, gwoli wyjaśnienia. MADE IN JAZZ to cykl koncertów w Scenie na Piętrze Estrady Poznańskiej, MADE IN CHICAGO – poznański festiwal jazzu chicagowskiego. Te nieco dziwne nazwy wskazują dobitnie, że są to imprezy ortodoksyjnie jazzowe. Dziękuję za komplement, ale ja po prostu tylko robię swoje. Sceną chicagowską interesuję się od lat, przy każdej okazji nawiązywałem tam kontakty. Czy szybko, tu bym się spierał. Festiwal nie powstaje szybko. Festiwal to poważna sprawa. Pomysł MADE IN CHICAGO dojrzewał i czekał na realizację trzy lata. Tę możliwość stworzyła dopiero ESTRADA POZNAŃSKA, gdzie pracuję i MIASTO POZNAŃ, które wspiera finansowo ideę oraz JAZZ INSTITUTE OF CHICAGO, poważny partner po drugiej stronie oceanu. Żyjemy w czasach festiwali. Wiadomo, że trudno dziś znaleźć sponsora, zwrócić uwagę publiczności, jeśli nie ma się do zaoferowania Festiwalu. Ale nazwa Festiwal bywa, z przyczyn merkantylnych, często nadużywana. Jeden koncert - to jest to tylko koncert, dwa - to już festiwal. Żeby posługiwać się słowem Festiwal, trzeba mieć spójną, dopracowaną koncepcję, na wiele edycji i stabilnych partnerów. To trwa. Koncepcja nie rodzi się w parę dni, bo jest sponsor. Do tego festiwal można ocenić dopiero po wielu edycjach – wtedy okazuje się czy miał w sobie potencjał prawdziwego Festiwalu. Wtedy, może sam będę siebie nazywał „organizatorem poważnym”. Na razie staram się robić to co lubię, najlepiej jak potrafię.

AEG: Przez kilka lat byłeś aktywny w organizacji koncertów Ery Jazzu. Czym różni się Twoja koncepcja od tego co realizuje Dionizy Piątkowski?
WJ:
U swoich początków ERA JAZZU była czymś nowym na polskim rynku. Po raz pierwszy promował się na skale ogólnopolską nie festiwal czy pojedynczy koncert ale cykl koncertów, ze wspólną nazwą, spójną oprawą graficzną, ambitnym programem, świetnym sponsorem. W pewnym sensie ERA JAZZU wyznaczała wówczas trendy. Po pierwsze: program łączący zgrabnie klasyczny jazz i awangardę, po drugie: profesjonalna promocja, do tego obecność w całej Polsce – trasy koncertowe i raz do roku edycja festiwalowa w Poznaniu. Wspaniała promocja dla jazzu! Warunki na rynku się zmieniły, zmieniła się też ERA JAZZU. Dziś wolę zgłębiać pewien wycinek z przeogromnej jazzowej tradycji, ten na którym znam się najlepiej i który kocham. To daje mnie i publiczności wielką satysfakcję prezentacji muzyków mniej znanych, którzy jak Dee Alexander, Nicole Mitchell, czy Corey Wilkes stają się gwiazdami, wraz z kolejnymi edycjami festiwalu. Wierzę, że najsilniejsza więź z publicznością rodzi się wtedy, kiedy dzieli z organizatorem radość odkrywania. „Melodie, które już znamy” nie pozostawiają po sobie trwałego śladu.

AEG: Z którego koncertu jesteś naprawdę dumny, a o którym wolałbyś zapomnieć?
WJ:
Do historii festiwali MADE IN CHCAGO trafią z pewnością koncerty – długo oczekiwane FRED ANDERSON TRIO, HARAMBEE PROJECT Nicole Mitchell - finał z roku 2006 i CARDS FOR ORCHESTRA Roscoe Mitchella - koncert finałowy z roku ubiegłego. Na finał festiwalu jeden z muzyków przygotowuje co roku premierowy program i staje na czele ad hoc powołanej orkiestry, złożonej ze wszystkich gości festiwalu. Jest w tym skromne nawiązanie do idei Experimental Bandów Muhala Richarda Abramsa, z początków AACM. Koncert HARAMBEE PROJECT był pierwszym i najwspanialszym finałem MADE IN CHICAGO. Nicole Mitchell, wówczas mało znana, przygotowała blisko 2 godzinną, premierową suitę poświecona idei wspólnoty. Wspaniali saksofoniści : Ari Brown, David Boykin, Mwata Bowden, wokal Dee Alexander, Corey Wilkes na trąbce, niezapomniany finał suity, z udziałem rozentuzjazmowanej publiczności. Ten koncert wyznaczył wysoką poprzeczkę dla kolejnych edycji festiwalu i tak na prawdę postawił „kropkę nad i” całej idei. Zyskałem pewność, że warto ryzykować dalej. Roscoe Mitchell z kolei, to wielka gratka uczestniczenia, nawet jako obserwator, w procesie kreacji. Codzienne, trudne próby, partytury tradycyjne i wizualne, proces dochodzenia do wspólnej wizji, przez sporą grupę indywidualności – to było coś niezwykłego. Jest w tym doświadczenie prawdziwej artystycznej i kulturowej społeczności a zarazem szacunek dla indywidualności, których brak w standardowym koncercie jazzowej gwiazdy na europejskim tournée. To oczywiście ryzykowna idea. Jest jeden finał, o którym wolę zapomnieć.

AEG: Kiedy poczułeś i zdecydowałeś się, że organizowanie takich, a nie innych koncertów, to jest to?
WJ:
W roku 1982, kiedy na festiwalu JAZZ JAMBOREE wystąpił Art Ensemble of Chicago. Siła rażenia tego koncertu, w kontekście stanu wojennego w Polsce przekonała mnie, że pewne wartości można znaleźć tylko w jazzie. Bo jazz to nie tylko muzyka, ale przede wszystkim ryzykowna postawa artystyczna. Tu nie można cofnąć się, wygładzić, poprawić. Z tego ryzyka i poczucia swobody wypływa ogromna dawka energii. Uzależniłem się od tej energii. Mam za sobą organizowanie, czy współorganizowanie wielu różnych imprez, niczego jednak nie da się porównać z koncertem czy festiwalem jazzowym. Tu nie ma reguł, każdy koncert jest niewiadomą, zaskoczeniem ale kiedy muzyka zgra się z publicznością, efekt jest dla obu stron niepowtarzalny. Jazz ma silny charakter socjalny, nie może obyć się bez publiczności, nawet skromnej, nie istnieje też bez społeczności muzyków. Dzieje się zawsze „między”, między nutami, między stylami, między członkami bandu, między muzykami a publicznością, między początkiem a końcem koncertu. Nie tkwi w nutach, melodiach, konkretnych osobach, nie daje się go do końca zamknąć się na płytach. Dzięki temu jest wolny, ale płaci za to też pewną cenę, nie należy do nikogo i nikt nie może go sobie w żaden sposób przywłaszczyć, publiczność czy organizatorzy także. Dla jednych to może być źródłem frustracji, mnie daje wielką satysfakcję uczestniczenia w czymś wyjątkowym.

AEG: Które płyty i jacy muzycy stanowili dla Ciebie kanon, z którego już trudno było zrezygnować?
WJ:
Jazz ma to do siebie, że jest w ciągłym ruchu. Nie ma więc płyt idealnych, każda jest tylko pewnym etapem na drodze rozwoju. Jak „I Love Supreme” na drodze rozwoju Coltrane’a. Dlatego jazz można tylko odrzucić albo zaakceptować w całości. Nie wyobrażam sobie słuchania tylko awangardy i wyrzucenia do kosza np. cool jazzu, czy bepopu. Osobiście mógłbym spokojnie zrezygnować z armii śpiewających obecnie tzw. jazz panienek a nie mógłbym zrezygnować ze wszystkich wczesnych nagrań muzyków AACM - M.R. Abramsa, Art Ensemble of Chicago, Georga Lewisa, Anthony'ego Braxtona, Ethnic Heritage Ensemble, Kalaparushy, Leo Smitha itd. i z drugiej strony wielkiej tradycji chicagowskich tenorzystów – Von Freemana, Johna Griffina, Gene'a Ammonsa... Ale nie ma sensu słuchać muzyki, np. Anthony'ego Braxtona bez świadomości jego poprzedników, np. Warne'a Marsha czy pianistyki Muhala bez pianistów stride. Jazzowy kanon jest przeogromny i do zaakceptowania tylko jako całość.

AEG: Jesteś obserwatorem współczesnego jazzu. Jakie wyróżniłbyś najnowsze tendencje rozwoju muzyki improwizowanej?
WJ:
Najnowszą tendencją w muzyce improwizowanej jest jazz nieimprowizowany. Okazuje się bowiem, że może istnieć muzyk jazzowy, na przykład trębacz, nie improwizujący. Udziela wywiadów w prasie jazzowej, gra muzykę określaną w polskim radiu jako jazzową, publiczność słuchając go jest przekonana, że słucha muzyki jazzowej, a on nie improwizuje z uporem ani przez sekundę. Publiczność i media, nawet muzycy wszyscy się w tym gubią, więc ustalmy lepiej, że jazz jest i będzie muzyką improwizowaną. Mówmy więc o tendencjach w jazzie. Jazz ma nieograniczone możliwości rozwoju, jest formą otwartą. Wszelkie próby narzucenia mu kanonów w dziedzinie melodii, rytmu, instrumentacji, a nawet jednej, ustalonej tradycji szczęśliwie zawiodły. Jazz ma tę zaletę, że może rozwijać się w dowolnym kierunku, obecnie zmierza w stronę współczesnej muzyki klasycznej. Improwizacja pozostanie wyróżnikiem jazzu, ale nie jako kryterium, tylko jako wybrany sposób komunikacji. Ten sposób jest dlatego tak pasjonujący, bo nie posługuje się raz na zawsze ustaloną, sztywną strukturą języka, ale bezustannie ją kwestionuje. Wszak jazz osiąga swoją pełnię, kiedy muzyk mówi rzeczy nie tylko nowe dla nas ale i nowe dla samego siebie. Musimy, chcąc nie chcąc, otworzyć swoją wyobraźnię by w tej grze uczestniczyć. Musimy też uwierzyć, w szczerość jego przekazu. Inaczej komunikacja nie ma sensu, i nie ma powodu, żeby wysiadywać godzinami na koncercie Cecila Taylora. Szczerość i prawda jest niezbędna, bez niej jazz osuwa się w jazzik, muzak, radiową papkę. Ale prawda bywa też bolesna, stąd jazz jest ryzykowny – dla obu stron, i dla artystów i dla słuchaczy.

AEG: Kibicujesz też młodym polskim muzykom. Jak oceniasz naszą scenę i kogo byś wyróżnił?
WJ:
Osobiście bardzo cenię Wojtka Mazolewskiego - ze szczególnym wskazaniem na jego najnowszy kwartet, wielki talent to Maciej Obara, w Poznaniu klarnecista Wacek Zimpel. Wierzę, że bracia Olesiowie, Mikołaj Trzaska jeszcze w polskim jazzie „namieszają”. Największym problemem polskiej sceny jest nie brak utalentowanych, młodych muzyków, ale środowiska muzyków i publiczności, przyjaznego otoczenia, w którym mogliby rozwijać swój talent. Dopóki to nie nastąpi – erupcja młodych, oryginalnych grup jazzowych, jakiej doświadczyliśmy na scenie jassowej nigdy się nie powtórzy. Dlatego tak ważne są nie wielkie sale, gdzie od święta padamy na kolana przed gwiazdami jazzu „zza granicy” ale małe kluby, regularnie prezentujące jazz, gdzie muzyk jest blisko publiczności, a publiczność blisko siebie. Gdzie nie ma miejsca na medialne autoprezentacje, ogłaszanie siebie koryfeuszem awangardy czy czegoś tam innego, ale jest konkretne granie, najlepiej co tydzień, w różnych konfiguracjach i składach, z różnym repertuarem. Tak w jazzie szlifuje się talent. Dla amerykańskich muzyków koncert to chleb powszedni, sposób na życie, nieustający trening. Dla polskich muzyków kolejne trasy, płyty, projekty to zbyt często bardziej wydarzenia medialne i biznesowe. Namówienie ich na jam session graniczy z cudem. Inna sprawa, że repertuar standardów, granych zwykle na jam session, przez wielu traktowany jest jak ramota. Dla muzyków z Chicago jam to naturalne przedłużenie koncertu, po awangardowych wyczynach bez większych kompleksów grają bluesa w klubie, nie zaglądając wcześniej do kontraktu. Sieć klubów to jedno – to już mamy, chęci muzyków to drugie. W Poznaniu działa klub "Blue Note", ale mimo istniejącego środowiska muzyków, nie ma jak dotąd regularnego bandu, grającego tam np. co czwartek. W Chicago, w umowny czwartek, Ed Wilkerson po pracy pakuje saksofon i jedzie do "Velvet Lounge", gra z kim popadnie a po sztuce Fred Anderson dzieli się z muzykami skromnymi tipsami z baru i nie ma w tym żadnego wstydu. W Polsce każdy koncert to musi być od razu wydarzenie medialne, reklama, recenzje, najlepiej pełna sala, a w perspektywie sponsor. Sami – muzycy i organizatorzy - wpędzamy siebie i publiczność w idiotyczny wyścig. Jazz to nie gwiazdy, reklama, biznes płytowy, okładki w kolorowych magazynach, ale magiczne miejsca, wierna publiczność i wymagająca muzyka. Nigdy nie będzie inaczej. Bo inaczej to już nie jazz. Słowo gwiazda, w kontekście jazzu brzmi paradoksalnie. Gwiazdami jazzu są muzycy, którzy wypracowali oryginalny, niepowtarzalny i nie do skopiowania styl i brzmienie, a nie bohaterowie kolorowych magazynów o ludziach sukcesu. Czy Charlie Parker był gwiazdą jazzu? A jeśli był, to jak liczna była grupa jego fanów? Czy byłaby interesującą grupą docelową dla jakiekolwiek sponsora? A wyobraźmy sobie jazz bez Charliego Parkera.

AEG: Ostatnio w Diapazonie było trochę głośno o PSJ i polskiej edukacji jazzowej. Nie uczestniczyłeś w wymianie poglądów. Może wypowiesz się na te tematy.
WJ:
Zamiast dyskutować o edukacji w kontekście PSJ wolę o nią dbać w miarę swoich skromnych możliwości. Festiwal MADE IN CHICAGO tym się różni od innych festiwali, że jest prezentacją prawdziwej społeczności muzyków a nie zlepkiem gwiazd złapanych na trasie w Europie. Stąd społeczność odbiorców jest, obok artystów jego pełnoprawnym podmiotem. Każdej edycji festiwalu towarzyszą otwarte warsztaty muzyki kreatywnej, prowadzone przez muzyków AACM. Mogą brać w nich udział także ci, którzy nie potrafią grać na żadnym instrumencie. Po każdym koncercie muzycy dostępni są dla publiczność, festiwalowym koncertom towarzyszą nieformalne spotkania, wymiana kontaktów. Muzycy sami widzą taką potrzebę i chętnie spotykają się z publicznością. Po jednym z festiwali Mwata Bowden powiedział, że atmosfera w Poznaniu przypomina mu dawne czasy AACM. Jest więc wielka potrzeba edukacji, ale nie wierzę, że mogą jej sprostać odgórne działania. np. PSJ. Więcej dają nieformalne kontakty, spotkania z muzykami po koncercie.

AEG: Gdybyś miał duże środki finansowe (nie mówię nieograniczone) to jak wyglądałby festiwal marzeń MADE IN CHICAGO. A może taki już był?
WJ:
Każdy festiwal jest spełnieniem moich marzeń. Pełnią szczęścia byłoby kilkanaście edycji, w czym liczę na niezwykłą kreatywność i aktywność chicagowskiej sceny jazzowej. Każdy organizator wzdycha do wielkich budżetów. Ja wolę dbać o to aby MADE IN CHICAGO był festiwalem kreatywnym, wyjątkowym i niepowtarzalnym, a tego nie osiąga się totalną promocją, wielotysięczną publicznością czy gigantycznym budżetem. Każdy festiwal ma swoją skalę a co za tym idzie pewien budżet na swoją miarę. Zmiana skali na dużo większą nie zawsze oznacza zmianę na lepsze. Po drodze można zgubić to o co chodziło. Można się nagle obudzić w środku MADE IN CHICAGO na koncercie muzyki pop z Chicago. Ten festiwal nie jest wysokobudżetowy, raczej sytuuje się w strefie stanów średnich. Dzięki temu ma też większe szanse, żeby przetrwać. Oczywiście staram się o dodatkowy budżet, ale wszyscy boją się ryzyka jakie niesie za sobą prawdziwy jazz. Sponsorzy patrzą przychylnie ale w końcu wybierają komercyjne oferty tzw. Gwiazd. Instytucje publiczne, jak MKiDN odsyłają mnie po granty do USA bo to festiwal amerykański a nie modny, europejski. Szczęśliwie ideę wspiera wiernie MIASTO POZNAŃ i ESTRADA, liczę, że piątą edycję wesprą też instytucje z USA. Pieniądze oczywiście są ważne, ale najważniejsza jest publiczność, będę tak długo prezentował jazz z Chicago jak długo będę miał publiczność. Na muzyków mogę liczyć, festiwal ma świetną renomę w Chicago, w Poznaniu wystąpiło już ponad 60 muzyków tej sceny, w tym roku zawita kolejnych 20-tu. Poznań dla nich jest swoistym fenomenem, wielu z nich czuje się tu jak w domu i chętnie wraca z nowymi projektami.

AEG: Często spotykam się z krytyką Diapazonu. Co Ty byś w nim zmienił?
WJ:
Diapazon z powodzeniem pełni rolę polskiego "All About Jazz". Może warto pomyśleć, wzorem All About Jazz, o jego wersji drukowanej, rodzaju taniego, czarno-białego na początek, newslettera, do kupienia w klubach jazzowych i sklepach z płytami, z informacjami o koncertach, płytach, poszerzonymi wersjami artykułów i wywiadów. Może jestem staroświecki, ale ciągle wierzę w prasę drukowaną.

AEG

Data wstawienia: 2009-08-10


Wojciech Juszczak: Jazz jest i będzie muzyką improwizowaną
Fot. Wojciech Wardejn
SPONSORZY SERWISU
POLECAMY


Słusznie ( Wojciech Juszczak wysłano 2009-08-12 godz. 20:50 )
Manewry Jazzowe ( Krzysztof Gregorczyk wysłano 2009-08-12 godz. 09:32 )
przemilczę wiele a propos "nie zaglądając w kontrakt" - uśmiałem się... ( inny mm wysłano 2009-08-10 godz. 13:50 )
  Wstecz  Do góry  Napisz do nas  Drukuj
© 2002-2009 Andrzej E. Grabowski & Rafał Fagas & Kamila Szczepaniak